Pani Małgorzata Polańska-Kubiak od lat zajmuje się tkaniem rękawic furmańskich. Wykonuje także koronki klockowe, gobeliny, tkane czapki, zarękawki czy chusty, haftuje na wszelkie możliwe sposoby, maluje też jajka metodą batikową. Jest propagatorką kultury i rzemiosła regionalnego dokładając wszelkich starań, aby dziedzictwo kulturowe Czarnych Górali z Doliny Popradu nie zostało zapomniane. Robi to z ogromną pasją i zaangażowaniem oraz nieznikającym uśmiechem na ustach.
Zachęcamy do przeczytania wywiadu z Panią Małgorzatą, która przybliży nam swoją przygodę z przestrzennym tkactwem Czarnych Górali.
Anna Świsterska (ZPKWM): Skąd nazwa „rękawice furmańskie”?
Małgorzata Polańska-Kubiak: Rękawice furmańskie, przede wszystkim służyły furmanom. Służyły do powożenia końmi, prac w lesie, a także przy gnoju, gdy wywoziło się go na pola i innych pracach polowych. Były bardzo ciepłe, funkcjonalne i po prostu nieodzowne, takie musiały być, aby mężczyźni nie marzli w ręce.
A.Ś.: Czy kobiety też je nosiły?
M.P.–K.: Kobiety rzadziej. Generalnie to mężczyźni wywozili gnój, pracowali w lesie, gdzie wykorzystywali łańcuchy, a jak wiadomo zmrożony metal klei się do rąk, w takim momencie rękawice sprawdzały się niezawodnie. Rękawice tkane na desce były sztywne przez co były mało precyzyjne, dlatego często wykorzystywano je w podobny sposób jak mufki. Drobne, precyzyjne czynności wykonywano bez rękawic, a zgrabiałe ręce łatwo było ogrzać w szerokich wełnianych rękawicach. Czasami można było włożyć obydwie ręce do jednej rękawicy. Co ciekawe, kiedyś natknęłam się na rękawice zrobione ze „śparchytu” (plastikowego włókna używanego przy snopowiązałce). Były jeszcze sztywniejsze i twardsze od wełnianych, zapewne po to by wzmocnić ich funkcję ochronną. Ciężko było zgnieść rękawicę utkaną ze śparchytu i można powiedzieć, że ta konkretna rękawica działała wręcz jak zbroja. Taką rękawicę znalazłam w Zagrodzie Lachowskiej „Kubalówka” w Podegrodziu. Czasami rękawic używały także dzieci podczas zimowych zabaw.
A.Ś.: Z jakiego okresu mogły pochodzić?
M.P.–K.: Z pewnością powszechnie były używane jeszcze w latach powojennych, jednak pod koniec XX w. stopniowo zaczęły wychodzić z użycia. To może obecnie dziwić, ponieważ utkane rękawice miały wiele zalet są ciepłe i funkcjonalne, można było zagrzać w nich ręce, ponieważ wełna ma świetne właściwości termoregulacyjne, a ponad to pełniły funkcję ochronną.
A.Ś.: Co takiego wyróżnia rękawice furmańskie od innych rękawic?
M.P.–K.: Rękawice furmańskie są utkane na przestrzennej formie. Nie są zrobione na drutach, szydełku, czy w innej „popularnej” technice. Kiedyś rękawicznik był w każdej wsi, a czasami było ich tam kilku, lecz z czasem stało się to mniej powszechne. Prawdziwe rękawice furmańskie są utkane na drewniana formie w kształcie rękawicy z odpowiednimi nacięciami w odpowiednich miejscach na osnowę, z kołkami, które przy zakończeniu się wyjmuje. Oczywiście formy nieznacznie różniły się w zależności od regionu.
A.Ś.: Osnowa to?
M.P.–K.: Osnowa to nitka konstrukcyjna, która jest naciągana jako pierwsza na drewnianej formie, po czym wełną tka się wątek dookoła i pomiędzy osnową. Zatem to jest charakterystyczne dla tych rękawic: po pierwsze: są utkane na przestrzennej formie, po drugie, były z wełny pochodzącej z naszych owiec, uprzędzionej i przerobionej w domu. Wełna to po prostu najlepszy materiał jaki można było zdobyć. Jest doskonałym izolatorem, ale ma też działanie przeciwreumatyczne. Te rękawice były nieprzemakalne, nawet po całym dniu pracy przy zrywce drewna. Były bardzo wytrzymałe, nawet gdy się przetarły aż do osnowy, nigdy się nie rozlatywały. Gdy się zniszczyły naszywano łatkę np. z sukna (kawałka wełnianej tkaniny), albo kawałka skóry. Całkowicie zniszczoną po prostu wyrzucano i robiono nową. Niejednokrotnie zdarza się w muzeach, że są pary rękawic zupełnie do siebie nie podobne. To jest część stroju roboczego, nie musi być piękna, musi być funkcjonalna. Prawdopodobnie, gdy jedna rękawica się zniszczyła dorabiano tylko jedną, pewnie stąd te różnice.
A.Ś.: Kto najczęściej zajmował się tkaniem rękawic?
M.P.–K.: Najczęściej robili je mężczyźni dla mężczyzn, chociaż nie wszędzie. Dobrym przykładem jest Dolina Popradu, gdzie rękawice wytwarzało także sporo kobiet. Ale to zazwyczaj mężczyźni robili dla siebie, dla kolegów, dla przyjaciół, by służyły do pracy, a kobiety wytwarzały mniejsze rękawice dla dzieci. Tu mogę zacytować moją Babcię „To takie te rękawice robicie? Piątki bym za nie dała! Ojciec takie robił, były sztywne, szorstkie, bure, nie chcieliśmy ich nosić”.
A.Ś.: Czyli kobiety zajmowały się obowiązkami domowymi, ale tkali mężczyźni?
M.P.–K.: Kobiety zazwyczaj tkały płótna, tkały len np. na koszule, bo to było dla nich priorytetem. Musiały mieć materiał do szycia koszul dla całej rodziny. Tkały także płótno na wełniane na portki. Więc jak mężczyzna miał czas pomiędzy zwykłymi pracami korzystał z resztek wełny i tkał rękawice, a wykorzystywanie krótkich fragmentów przędzy dawało dodatkowe ocieplenie. Wszystko miało swój czas, miejsce i osobę, która to tworzyła. Zdarzały się owszem także kobiety, które to robiły, np. w Zakopanym, ale generalnie w każdej wsi był rękawicznik, co potwierdzają starsze osoby z którymi rozmawiam.
A.Ś.: Na jakim obszarze spotyka się takie rękawice? Czy to tylko region południowej Małopolski?
M.P.–K.: Nie tylko nasz region, te rękawice tkano w całym paśmie Karpatach, u ludności zamieszkującej tereny górskie, które wymagały odpowiedniego zabezpieczenia przed mrozami. Rękawice można znaleźć m.in.: w Słowacji, Czechach czy Ukrainie.
A.Ś.: Czyli takie pozostałości wołoskie
M.P.–K.: Myślę, że tak. W całych Karpatach rękawice były wykonywane bardzo podobnie, zdarzały się niewielkie różnice np. w deskach. Oprócz rękawic były także tzw. zapięstki, inaczej zarękawki. Był to swego rodzaju mankiet stanowiący wykończenie koszuli męskiej. Był ciepły, wełniany, także tkany na odpowiedniej formie. Na Słowacji i Czechach częściej niż rękawice wytwarzano właśnie zapięstki. W Polsce przede wszystkim tkali je Łemkowie i co ciekawe zarękawki zwykle robiły dziewczyny dla swoich chłopców. Jeden z takich zapięstków z Muszyny Złockiego zachował się w jednym z muzeów w Petersburgu. Właśnie tam odnalazł go kierownik zespołu łemkowskiego Kiczera. Zrobił zdjęcia i na ich podstawie miałam przyjemność odtworzyć ten właśnie zapięstek.
A.Ś.: Wróćmy do rękawic, a konkretnie do tkania części na kciuk.
M.P.–K.: Na palec jest inna forma, która jest miniaturką tej większej. Czyli palec robimy oddzielnie w ten sam sposób. Trzeba naciągnąć osnowę i utkać wełniany paluszek, który przyszywa się do rękawicy i w taki sposób był najbardziej rozpowszechniony u Czarnych Górali, bowiem w różnych regionach bywało różnie. Wiemy np. że na Żywiecczyźnie tkano na nieco innych formach od razu z palcem. Wyjątkowe pod względem tkania jest Zakopane. Tam najdłużej tkał rękawice Pan Edward Tylka, miejscowy tkacz. Miał specyficzną formę, bardzo prymitywną, po prostu deskę. Tak też się zwykło nazywać tą czynność: tkactwo na desce. Tkał w nieco inny sposób, osnowę zakładał na „okrętkę”, bez kołków. Osnowy było dużo mniej, więc rękawice były grubsze, sztywniejsze, można było zrobić mniej wzorów. Nasze były bardziej plastyczne, łatwiej można coś było utrzymać w ręce. I to właściwie dzięki niemu przetrwało zakopiańskie wzornictwo rękawic.
A.Ś.: Czym jeszcze mogły różnić się rękawice?
M.P.–K.: Podczas moich poszukiwań starych rękawic po muzeach, np. w Bardejowie na Słowacji natknęłam się na rękawice bez tzw. baranka, czyli bez swobodnie wypuszczonych wełnianych końcówek, które pełniły rolę dekoracyjną, a także chroniły by śnieg nie dostawał się do rękawicy oraz rękawa. Przypomnę, że rękawice furmańskie były szerokie przy nadgarstku. W Polsce zdarzało się to bardzo rzadko by rękawice nie miały baranka, za to powszechnie połączone były sznurkiem.
A.Ś.: Swego czasu w Sądeckim Parku Etnograficznym można było zobaczyć wystawę rekonstrukcji zabytkowych rękawic furmańskich.
M.P.–K.: Było tam prezentowane blisko 30 par zrekonstruowanych rękawic. W ramach tej wystawy wykonałam rekonstrukcję rękawic wraz z moimi koleżankami. Rekonstrukcja z Bardejowa jako jedyna nie posiadała baranka.
A.Ś.: Jeśli były wykonane z owczej wełny to kolorystyka była dość ograniczona. A może były w jakiś sposób barwione?
M.P.–K.: Początkowo robiono z naturalnych kolorów, czyli czarne, białe, brązowe i siwe. Nad Popradem hodowano czarne owce, a więc i wełna była ciemna. Gdy zaczęłam robić rekonstrukcje większość rękawic była właśnie w kolorach białym, czarnym i brązowym. Dlatego zaczęłam szukać kolorowych i okazało się, że w muzeach znajduje się sporo historycznych rękawic kolorowych. W muzeum w Warszawie znajdują się rękawice z Szlembarku, które mają do białego i czarnego dołożony przepiękny pomarańcz. W Sądeckim Muzeum Etnograficznym w Nowym Sączu jest wiele rękawic m.in.: rękawice z Łomnicy-Zdroju z dodatkiem koloru czerwonego, a także z Łącka, które z kolei mają elementy w kolorze żółtym. Łąckie rękawice jako jedyne posiadają żółty kolor. One były farbowane naturalnymi barwnikami, chociaż niekoniecznie. Tutaj się kłania historia pisanek, gdzie od wieków były malowane metodą batikową, robili to np. Huculi czy Łemkowie, a barwniki były kupowane na straganach już w XVIII w. Co ciekawe intensywność kolorów rękawic, które są w muzeach od wielu lat nie ulega zmianie. Kolor żółty pozyskiwano z dzikiej kwaśnej jabłoni, a jak wiadomo Łącko na całą Polskę oraz Świat słynie z sadów. Dlatego wnioski same się nasuwają. (Łatwość w pozyskaniu żółtego barwnika). Zdarzały się także kolory: niebieski i zielony w np. w rękawicach z Kamienicy Dolnej, jednak najważniejszy i najbardziej popularny zaraz po naturalnych barwach był kolor czerwony, który miał chronić przed urokami, innymi słowy przed nieszczęściem.
A.Ś.: Żeby baby uroków nie rzucały.
M.P.–K.: Dokładnie, ale nie tylko baby, bo i chłopy też rzucały. Chłopy były jeszcze gorsze!
A.Ś.: Jak stare są najstarsze zachowane rękawice?
M.P.–K.: Tu jest pewna trudność w określeniu, bowiem w związku z tym, że te rękawice nie były częścią stroju galowego, tylko roboczego to nie przykładano do nich zbytniej wagi. Dlatego gdy się zużyły to je po prostu wyrzucano. To jest naturalny materiał, wyrzucasz, rozkłada się i po prostu nie ma. Cud, że przetrwały w muzeach. W większości nie były eksponowane, leżały gdzieś zakopane w magazynach. W końcu wyobraźmy sobie starą rękawicę, która przez wiele lat służyła do prac polowych. Zniszczyła się, wytarła, poszarpała, to nie jest coś co jest wspaniałym eksponatem. Wspaniały eksponat to piękny barwy gorset z milionem koralików.
A.Ś.: Ale dzięki Waszej pracy to się zmieniło.
M.P.–K.: Mam nadzieję, że tak jest. Udało się nam wiele zrobić w tym kierunku i wiem, że teraz na pewno rękawice będą wykonywane, biorąc pod uwagę ilość współczesnych tkaczy, którzy cały czas tkają. Wiem również, że po naszych akcjach kilka instytucji wstawiło archiwalne rękawice do stałej ekspozycji, to jest jeden z naszych małych sukcesów.
A.Ś.: Skąd w ogóle zainteresowanie tkaniem rękawic furmańskich?
M.P.–K.: Całe życie tkałam gobeliny, zajmowałam się rzemiosłem, malowałam od dziecka pisanki metodą batikową, co jest naszą tradycją rodzinną. Mama, babcia, wszystkie w domu haftowałyśmy. Z moimi gobelinami zaczęłam jeździć na targi sztuki ludowej, potem wykonywałam koronki klockowe i tego też uczyłam moją córkę Marcelinę. Natomiast tkania rękawic nauczyłam się w 2018 roku, ale nie byłam pierwszą osobą, która się tym zajmuje. Prekursorem tkania był pan Michał Nakielski, który przekazał tą umiejętność kolejnym osobom. Dla mnie pierwsze próby nie były zbyt zachęcające. Forma nie taka, rękawiczka nie trwała, wychodziły za duże przerwy, więc początkowo porzuciłam myśl o tkaniu. I przyjechała do nas dziewczyna z Warszawy, czyli Ewa Sowińska, która stwierdziła, że nigdzie indziej czegoś takiego nie ma, to jest coś wyjątkowego i oryginalnego. Zorganizowano w tedy spotkanie z panem Nakielskim, który przekazał dalej tą umiejętność, takie były początki.
A.Ś.: Sława rękawic furmańskich dotarła aż za Ocean.
M.P.–K.: Pojawił się w pewnym momencie pomysł, aby rękawice furmańskie wysłać Berniemu Sandersowi, senatorowi amerykańskiemu, który urodził się w Polsce, a dokładnie w małej wsi Słopnice niedaleko Limanowej. Jako mały chłopiec wraz z rodzicami wyemigrował do Ameryki. Podczas zaprzysiężenia prezydenta Joe Bidena Sanders miał założone żakardowe rękawiczki. Po całym Internecie krążyły wówczas jego zdjęcia. Wtedy Urszula Lis wpadła na pomysł, żeby sprezentować Sandersowi rękawice furmańskie. Pamiętam, że rozdzwoniły się wtedy telefony z różnych gazet, przeszło to moje najśmielsze oczekiwania, takiego szumu wokół tej akcji się nie spodziewałam.
A.Ś.: Jak długo robi się takie rękawice?
M.P.–K.: Jedną parę rękawice robi się kilkadziesiąt, nawet blisko 30 godzin w zależności jak szybko ktoś robi i jakiej grubości jest wełna.
A.Ś.: Podobno najtrudniej jest zrobić drugą rękawicę do pary.
M.P.–K.: To jest największa trudność. Już pomijam, że trzeba liczyć wzorki i rządki to jeszcze chodzi o to, aby jednej nie ścisnąć bardziej niż drugiej, bo może się okazać, że jedna rękawica jest prawie na kogoś o dużej dłoni, a druga odwrotnie.
A.Ś.: Współcześnie rękawice furmańskie są sprzedawane, ale to chyba nie jest zbyt dochodowa pasja?
Wełna generalnie jest drogim materiałem. Są osoby, jak np. pani Ewa Sowińska, która robi rękawice z wełny, którą sama przetwarza. Sama ją przędzie, grępluje, sama też farbuje. Ogólnie mówiąc cena została ustalona wśród tkaczy i tego staramy się trzymać.
A.Ś.: Tkanie rękawic furmańskich przez Czarnych Górali zostało wpisane na Krajową Listę Niematerialnego Dziedzictwa Kulturowego UNESCO. Jak wyglądała droga po UNESCO?
M.P.–K.: Była to szeroka akcja, robiłyśmy np. zdjęcia w naszych rękawicach różnym rozpoznawalnym, znanym w Polsce osobom. Zaangażowani byli m.in. Krzysztof Trebunia-Tutka, Marian Dziędziel, Majka Jeżowska, Marek Kamiński, Hirek Wrona, Michał Żurawski, Anna Popek, Monika Kukla. Ale nie tylko to. Powstała czasowa, ruchoma wystawa zrekonstruowanych rękawic, którą prezentowaliśmy od Bieszczad po Beskid Śląski, także w Krakowie. Teraz wystawa zmieniała nieco oblicze, aktualnie można ją oglądać w Ludźmierzu. Część wystawy to egzemplarze zrekonstruowane, natomiast druga część to wzory współczesne.
A.Ś.: Ale to też jest bardzo ważne. W ten sposób można pokazać, że to nie jest jakiś relikt przeszłości, że to wciąż może trwać.
M.P.–K.: O to właśnie nam chodziło, bowiem na listę niematerialnego dziedzictwa nie wpisujemy rękawic, tylko umiejętność ich wytwarzania. I co ważne ten wpis, nie jest na zawsze, tylko na pięć lat. Później trzeba potwierdzić, że wciąż się kontynuuje, rozwija tą umiejętność. Jeśli nie ma takiego potwierdzenia to, niestety, ale dana czynność jest z tej listy wykreślana. Ważne jest, aby w Narodowym Instytucie Dziedzictwa udowodnić przeszłość to znaczy, że dawniej w tym rejonie wytwarzano takie rękawice, teraźniejszość- że wciąż je tkamy, ale i przyszłość- że uczymy młodych, robimy warsztaty, że historia rękawic furmańskich nadal trwa. Utrzymuje się ciągłość tradycji, a także fakt, że coraz więcej osób potrafi to robić i właściwie na tym polega ta lista. Stąd nasze wystawy, pomysły na warsztaty, wiele różnych projektów i działań.
A.Ś.: Gdzie można zobaczyć rękawice furmańskie?
M.P.–K.: Rękawice prezentujemy na targach sztuki ludowej i festiwalach w całej Polsce i nie tylko. Od Kezmaroku do Białegostoku, a nawet w Stambule w Turcji.
A.Ś.: Pani wkład w zachowanie dziedzictwa kulturowego jest bezcenny, to długoletnia praca, ale satysfakcjonująca?
M.P.–K.: Ja jestem bardzo szczęśliwa, gdy sprzedam choć jedną parę rękawic, bo mam środki na kolejne rękawice, ja to po prostu lubię robić. Promujemy, bo nie chcemy, aby to zaginęło, chcę abyśmy się chwalili tym, że mamy na Sądecczyźnie taką fajną rzecz. W ogóle wpis tkania rękawic na Listę Niematerialnego Dziedzictwa Kulturowego był pierwszym na Sądecczyźnie. Udało się to dzięki pracy i zaangażowaniu wielu wspaniałych ludzi.
A.Ś.: Bardzo dziękuję za rozmowę.
M.P.–K.: Bardzo dziękuję.
Wszystkie fotografie autorstwa Marceliny Kubiak
Rozmawiała: Anna Świsterska
